Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julianna Baggott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julianna Baggott. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2014

NOWA ZIEMIA - JULIANNA BAGGOTT


        „Nowa Ziemia” to pierwszy tom trylogii Świat po wybuchu, pióra Julianny Baggott.
   Książka, jak się łatwo domyślić z tytułu, przedstawia świat po apokalipsie. Ostatnio mam trochę świra na punkcie tego rodzaju książek, nie wiem dlaczego, ale podoba mi się taka wizja budowana nowego świata, próby charakteru…
  Ale do rzeczy. Główna bohaterka powieści, Pressia ma już prawie szesnaście lat, a zamiast jednej dłoni głowę lalki, którą trzymała w chwili Wybuchu i z którą w jego wyniku się stopiła. I tak miała szczęście – mogła zostać Gruponem, Bestią czy Pyłem, czyli stopiona z innymi ludźmi, zwierzętami lub ziemią, albo co gorsza – nie przeżyć Wybuchu.
  Pressia żyje w okrutnym świecie, pełnym nędzy, rozpaczy i niebezpieczeństwa, gdzie jedynym bezpiecznym miejscem jest Kopuła, która przetrwała Wybuch.  Do której Pressia, tak jak inni Nieszczęśnicy, nie ma wstępu – przetrwali w niej tylko Czyści, którzy schronili się w niej jeszcze przed Wybuchem.
  Życie dziewczyny przewraca się jednak do góry nogami, gdy poznaje Bradwella, ironicznego buntownika, który najbardziej na świecie pragnie poznać dokładnie całą przeszłość, prawdę o Wybuchu,  a następnie, uciekając przed OPR, wpada na Patrigde’a, Czystego. 
  W książce jest dużo akcji, jedno wydarzenie goni drugie, a wszystko jest delikatnie podszyte tajemnicą – dokładnie tak, jak lubię najbardziej. Tajemnice, sekrety, no i jeszcze dużo gwałtownych uczuć.  Jest trochę miłości, według mnie idealnie wyważona dawka,  w dodatku występują różne jej rodzaje. Oczywiście mamy tam miłość między chłopakiem a dziewczyną, natomiast sporym zaskoczeniem dla mnie było to, że znaczącą rolę odgrywała nie ona, lecz miłość w rodzinie – między dziećmi a rodzicami lub między rodzeństwem. A miłość, której nastolatki tak oczekują, też jest, moim zdaniem, trochę inna. I choć czuć ją, czytając książkę, to ciągle odczuwa się jej niedosyt, gdyż nie jest ona głównym wątkiem opowieści.
  Bohaterowie są bardzo zróżnicowani w charakterze, oryginalni, jedyni w swoim rodzaju. Niektórzy z nich, na przykład El Capitan, są tak realistyczni, że właściwie bez trudu potrafię wyobrazić ich sobie w prawdziwym świecie.  Zapałałam prawdziwą miłością do El Capitana, Pressi, Helmuda a nawet wybuchowego Bradwella.  Patridge jest dość irytujący i ciamajdowaty, ale właściwie co by to była za książka, gdyby wszyscy bohaterowie byli dealni? Jedyną postacią, która wydawała mi się jakby wyprana z ludzkości była Lyda. Wydaje mi się ona blada, słabo wykreowana. Nie widzę w niej dominujących cech, właściwie praktycznie zupełnie jest ona pozbawiona emocji, zaprojektowana tylko po to, by być zakochaną. Wydaje się, że autorka nie miała pomysłu na jej postać. Jest to jednak chyba jedyny minus całej książki, która naprawdę chwyciła mnie za serce do tego stopnia, że nie mogłam zacząć czytać innej książki, wciąż byłam myślami przy kontynuacji serii.
  Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam takie książki, które zaprzątają ci myśli, gdziekolwiek nie jesteś i czegokolwiek nie robisz. To uczucie, gdy tęskniłam za „Nową Ziemią” przypomniało mi te cudowne czasy, gdy sto procent mojej uwagi skierowane było w stronę Harry’ego Pottera. (Teraz o Harrym myśli tylko pięćdziesiąt procent mnie xD)
.


Stworzyłam własne kryteria oceniania, każda książka może zdobyć maksymalnie dziesięć punktów, za różne rzeczy, takie jak np. fabuła, bohaterowie czy sposób przedstawiania świata. Jedynym punktem, który muszę odjąć tej książce jest niestety ten za bezbarwną, irytującą Lydę i delikatnie irytującego Patridge’a, co robię z żalem, gdyż, jak pisałam wyżej, do innych bohaterów pałam miłością absolutną. Dlatego ostateczna ocena książki to   9/10.